Zdaniem stowarzyszenia spółek energetycznych prosumenci, czyli drobni producenci prądu we własnych domach, oznaczają wyższe rachunki za energię dla pozostałych odbiorców. Eksperci przekonują jednak, że nie musi tak być.
W Polsce rośnie liczba osób, które z dotychczasowych konsumentów energii stają się jednocześnie jej producentami, czyli prosumentami. To światowy trend, który już istotnie zmienił obraz energetyki m.in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, czy Włoszech. Uczestnicy debaty "Prosument – sieć i rozliczenia – Net metering" zorganizowanej przez Procesy Inwestycyjne dyskutowali m.in. o tym jak wykorzystać potencjał tysięcy drobnych producentów energii, unikając jednocześnie problemów, które pojawiły się w tych krajach. Jednym z kluczowych są rosnące koszty utrzymania sieci przez tych, którzy nie instalują własnych urządzeń do produkcji energii.
Robert Stelmaszczyk, prezes Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej zwrócił uwagę, że nierówne rozkładanie kosztów utrzymania sieci to generalny problem idei prosumenta w obecnym systemie. Koszt utrzymania sieci – w większości stały – uzależniony jest od zmiennego zużycia energii. Zmniejszenie tego zużycia przez prosumentów oznacza, że więcej zapłacą inni odbiorcy – ci, którzy nie chcą, ale także nie mogą lub nie są w stanie zainwestować we własne urządzenie do produkcji energii. Problem nasila się w przypadku wprowadzenia net meteringu, który może przerzucić niemal całe koszty utrzymania sieci na nie-prosumentów.
Net metering to zasada, zgodnie z którą prosument może wysyłać niewykorzystaną przez siebie energię do sieci (np. z paneli słonecznych w czasie, gdy nie ma go w domu), a następnie pobrać ją w godzinach, w których zużywa więcej, niż produkuje (np. wieczorem, gdy panele słoneczne już nie pracują). Z firmą energetyczną rozlicza się jedynie za saldo tych operacji, a więc nie pokryje kosztów tego swoistego "magazynowania" energii w sieci.
Zdaniem PTPiRE rozwiązaniem może być zamiana opłaty sieciowej z obecnej – uzależnionej od zużycia – na nową – stałą, na zasadzie abonamentu.
Jednak zdaniem prof. Krzysztofa Żmijewskiego zmiany nie będą odczuwalne dla odbiorców energii. – Pełny rozwój sektora prosumenckiego podwyższy taryfy dystrybucyjne maksymalnie o 7 proc. w 2025 roku, co oznacza całkowity wzrost rachunków o ok. 3,5 proc. Dla porównania dzisiaj wszystkie kolorowe certyfikaty kosztują nas 6,7 proc. – wyliczał. Znacznie więcej zapłacimy za budowę sieci przesyłowych na potrzeby elektrowni jądrowej.
– Rozwój energetyki prosumenckiej może mieć niebagatelne znaczenie dla całej gospodarki. Do 2020 r. całkiem realne jest wyposażenie w ekologiczne źródła ciepła nawet 900 tys. domów. Montaż 900 tys. mikroinstalacji OZE dałby istotne wsparcie w realizacji zobowiązań wynikających z przyjętego przez Polskę Pakietu Klimatycznego. W 2020 r., zgodnie z Krajowym Planem Działań łączna planowana krajowa produkcja energii elektrycznej i cieplnej z OZE ma wynosić ok. 101 TWh. Instalacje zamontowane w domach zapewniałyby około 14 proc. tej produkcji. Odbywałoby się to, co warto podkreślić, przy kilkanaście razy niższych kosztach wsparcia niż w przypadku dużych instalacji OZE – podkreślał Mariusz Klimczak, Prezes BOŚ Banku.
Korzyści byłoby znacznie więcej. Wykorzystywanie odnawialnych źródeł energii w polskich domach finalnie zwiększyłoby oszczędności w budżetach polskich rodzin i w znacznym stopniu uniezależniało od wzrostu cen energii w przyszłości. Ponadto, jak zaznaczał Prezes Klimczak, wzrost nakładów finansowych w wyniku montażu 900 tys. mikroinstalacji dałby impuls do szybszego tempa wzrostu gospodarczego kraju – nawet o 0,4 pkt proc. rocznie.